Z Maciejem Skalikiem, byłym (a według postanowienia sądu – obecnym) prezesem Spółdzielni Mieszkaniowej „Ujeścisko” w Gdańsku rozmawia Leszek Kraskowski.

Leszek Kraskowski: Gdańska Spółdzielnia Mieszkaniowa Ujeścisko jest znana w całej Polsce z reportaży interwencyjnych, ze skandali i z zapłakanych ludzi, którzy czekają latami na mieszkania, za które już zapłacili. A jednocześnie jest to jedna z najbogatszych spółdzielni w kraju, bo dysponuje niezwykle cennymi gruntami w Gdańsku. Ma tereny warte 100, a może 200 milionów złotych, a jednocześnie mówi się, że grozi jej upadłość z powodu długów i rozgrzebanych budów. Opóźnienia są 5-letnie. Czy faktycznie spółdzielni Ujeścisko grozi upadłość?
Maciej Skalik: W mojej ocenie – nie. Spółdzielnia ma majatek kilkukrotnie przewyższający jej zobowiązania. Mając na uwadze jednak problemy z płynnością wywołane przez jednego z kontrahentów złożyliśmy wniosek o rozpoczęcie procesu sanacyjnego.

Ile wynoszą zobowiązania Spółdzielni ? 20, 30 mln zł ?. Różne kwoty są wymieniane.
Tak, ale nie wszystkie kwoty są wymagalne na dziś. Spółdzielnia zaciągnęła kredyty na mieszkania lokatorskie, które są rozłożone w latach. Są zobowiązania wobec miasta, GPEC, elektrowni. Znaczna kwota dotyczy zwrotów z tytułu rezygnacji spółdzielców z mieszkań. To może być 20-25 mln zł. Ale ta kwota nie jest wymagalna na dziś.

I chyba raczej trudno sobie wyobrazić, aby gmina Gdańsk była zainteresowana upadłością spółdzielni.
Tak, ale nie wszystkie kwoty są wymagalne na dziś. Spółdzielnia zaciągnęła kredyty na mieszkania lokatorskie, które są rozłożone w latach. Są zobowiązania wobec miasta, GPEC, elektrowni. Znaczna kwota dotyczy zwrotów z tytułu rezygnacji spółdzielców z mieszkań. To może być 20-25 mln zł. Ale ta kwota nie jest wymagalna na dziś.

I chyba raczej trudno sobie wyobrazić, aby gmina Gdańsk była zainteresowana upadłością spółdzielni.
Oczywiście. Spółdzielni nie grozi upadłość, ale trzeba konsekwentnie, pod nadzorem kompetentnych władz wychodzić z problemu, w którym spółdzielnia się znalazła. Gdy objąłem stanowisko prezesa, próbowałem skontaktować się z wiceprezydentem Gdańska Piotrem Grzelakiem. Czterokrotnie. I czterokrotnie otrzymałem odmowę. Byłem w urzędzie, ale nie zostałem wpuszczony. Jest to dla mnie dziwne. Nawet jako obywatel, a nie prezes spółdzielni miałem prawo spotkać się z zastępcą prezydenta Gdańska, aby porozmawiać o trudnej sytuacji.

Jakie są obecnie szanse na ukończenie budów? Kiedy mieszkańcy wprowadzą się do mieszkań, za które już dawno zapłacili?
Planowaliśmy do końca roku oddać budynek „Przy Oczkach”, oddać budynek „Wietrzne Wzgórze 1” i próbować dokończyć najbardziej kłopotliwą budowę Zenga Park. Ale warunek był jeden – tymczasowy nadzorca sądowy.

Aby nie można było szantażować spółdzielni kodeksowymi „siódemkami” pozwalającymi na egzekucje komornicze i innymi wybiegami prawnymi?
Dokładnie tak. Rozwiążmy problemy, a ludziom oddajmy to, co ich. I to było celem zarządu. Pracowaliśmy po 14-16 godzin na dobę, aby to wszystko podopinać. Prawnicy też siedzieli godzinami i mieli nas serdecznie dosyć. Ale wypracowaliśmy jakiś model, który niestety nie został wdrożony. A teraz pojawiają się głosy, że nowy zarząd zastanawia się nad sanacją, której zasadność wcześniej negował.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here