Rada nadzorcza zebrała się specjalnie, aby nowemu prezesowi Cezaremu Pawłowiczowi „przyklepać” prawo do przekazania domu bez żadnych dopłat. To przecież nie jest powszechna praktyka w stosunku do innych spółdzielców, prawda?
W żadnym wypadku. Spółdzielcy są równi. Nie ma spółdzielców równych i równiejszych. Pan Cezary Pawłowicz był wzywany wcześniej, przez poprzedni zarząd, do dokonania dopłat, których nie dokonał.

O jakie pieniądze chodziło?
Dokładnie nie pamiętam. Kilkadziesiąt tysięcy. Nie była to jakaś kwota porażająca w stosunku do całości budowy. Cały czas mówił, że miał umowę na 460 tysięcy złotych. A zapominał, że przy rozliczeniu inwestycji mogą być dopłaty. Inni je ponieśli. Jedno wezwanie, drugie, trzecie, piąte… Informacja o możliwości odstąpienia od umowy. Umowa w końcu została wypowiedziana, a dom ponownie sprzedany. Pan Pawłowicz sprawę oddał do sądu. Ja czekałem na wyrok. Nie mogę wchodzić w kompetencje sądu. A trzeba pamiętać, że są jeszcze ludzie, którzy ten dom kupili legalnie od spółdzielni.

Zaraz zaraz… To teraz jeden dom ma dwóch nabywców jak w „Alternatywy 4”, gdzie Kołek i Kotek znaleźli się w tym samym mieszkaniu?
Tak.

Jest jedna spółdzielnia, która ma dwa zarządy, a niektóre domy mają dwóch nabywców, tak?
Szczególnie jeden dom.

To niesamowite. Żyjemy w podwójnej rzeczywistości?
Zaczyna się ciemność jasna.

Ile osób teraz czeka na mieszkania?
450-500. Osób z roszczeniami jest jednak więcej, może łącznie sześciuset, bo część osób rozwiązała umowy i czeka na zwrot pieniędzy. Skala jest duża.

A jak pan ocenia wartość gruntów spółdzielni? To jest pewien paradoks, że spółdzielnia, która jest tak bogata, jednocześnie jest tak biedna.
Tak. Zamysłem było zabudowanie tych terenów.

Bo lepiej sprzedać towar przetworzony niż surowiec czy półprodukt?
Tak. Nie pamiętam wycen. Te działki znajdują się pomiędzy działkami zabudowanymi. Leżą w granicach Gdańska, w części sypialnianej miasta, na uboczu i są w pełni uzbrojone. W planie zagospodarowania – pod zabudowę. Kwestia uzbrojenia tego terenu nie polegałaby na ciągnięciu instalacji, tylko na przyłączach. Koszty są wiec zdecydowanie niższe niż gdybyśmy kupowali surowy teren.

Ktoś próbował wyliczyć ile te grunty są warte?
Zleciliśmy wyceny, ale nie zdążyłem się już z nimi zapoznać.

Ale tak według pańskiej oceny?
Ponad sto milionów złotych na pewno. Z tego co słyszę, deweloperzy już się biją o tą ziemię. Są mocno zainteresowani.

Jak pan trafił do spółdzielni „Ujeścisko”?
Pierwsza moja prezesura w spółdzielni rozpoczęła się w 2014 r. Przejąłem zarząd spółdzielni po zarządzaniu przez kuratora sądowego, w związku z wątpliwościami co do legalności władz. Pod nadzorem kuratora sądowego w 2013 roku wybrano nową radę, która ogłosiła konkurs, a ja się do niego zgłosiłem. Udało mi się wygrać.

Ale nie był pan wcześniej członkiem spółdzielni?
Nie. Zostałem prezesem jako osoba zupełnie z zewnątrz. Wcześniej nie byłem nawet członkiem spółdzielni. Ale doświadczenie w spółdzielczości miałem – byłem wcześniej w radzie nadzorczej, przeszedłem przez wszystkie stopnie zarządu spółdzielni w innym mieście i też kilka rzeczy udało mi się tam z sukcesem załatwić. Przejąłem spółdzielnię i po raz pierwszy od kilku lat sąd rejestrowy, w czerwcu 2014 roku dokonał wpisu do KRS-u. Po wielu latach w KRS pojawił się wpis legalizujący, legitymujący władze spółdzielni. Wreszcie wszystko było lege artis. Był to pewnego rodzaju sukces, bo zamieszanie było spore. Doszło do sytuacji, że na wniosek mieszkańców bank, w którym spółdzielnia miała konto, zablokował je, a było na nim 1,5 mln zł. Bo wcześniej nie było władz. Ale był kurator sądowy, a on nie blokował. Po kilku ostrych rozmowach z bankiem udało mi się odblokować 1,5 mln zł i wszelkie zaległości, które już narastały, zaczęliśmy spłacać. Zaczęliśmy drobne remonty. Pierwszego dnia mojej prezesury w 2014 r. podpisałem umowę na projektowanie osiedla Płocka Park, dzisiejszego Zenga Park, które…

dziś jest takie słynne.
Tak. Na początku lutego 2015 r. miałem wypadek i poszedłem na zwolnienie lekarskie. Ponieważ mój stan zdrowia się pogarszał, złożyłem rezygnację. Nie chciałem blokować radzie nadzorczej możliwości powiększenia składu zarządu. Później spotkałem się z zarzutami, że specjalnie złamałem sobie nogę. Nie nogę, tylko rękę, nie specjalnie tylko przypadkowo. Trzy lata trwała rehabilitacja, raczej specjalnie nie starałbym się okaleczyć. Nawet chirurg, który mnie operował był zaskoczony. Wyłamanie do tyłu z wyłamaniem panewki stawu barkowego naprawdę nie zdarza się często. Byłem prezesem przez 10 miesięcy. Udało nam się parę drobiazgów wyprostować i zrobić, między innymi boisko dla dzieci, rozpoczęliśmy remonty tzw. starych zasobów.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here