Ale i tak były zarzuty, że symulant.
Symulant, podstawiony słup, złamał nogę. Tamten okres to był okres działalności rozwijającej stricte spółdzielnię. Podpisaliśmy pierwszą umowę o projekty, rozpoczęliśmy proces budowlany Płockiej Park. Rada nadzorcza poprosiła mnie abym pana Harasymiuka uczynił pełnomocnikiem zarządu do spraw inwestycji. Zrobiłem to, nie ukrywam, z ulgą, bo to był człowiek, który znał spółdzielnię od podszewki.

Ale potrafił zająć się tymi inwestycjami, bo w mediach przedstawiany jest non stop jako najgorszy czarny charakter?
Dziennikarze przypisali mu wszystko co złe w tej spółdzielni, rzeczywiście, a odpryskiem tego „czarnego charakteru” jestem ja, bo niby jestem z panem Harasymiukiem w „układzie gdańskim”, w jakiejś mafii, co jest zupełnym absurdem. Ale jeśli chodzi o jego prace, to był naprawdę bardzo zaangażowany. W tamtym okresie były oddawane do użytku budynki przy ulicy Przemyskiej 55/57/59. To był kompleks trzech budynków w nowym standardzie. Pan Harasymiuk wybudował pięć budynków przed moją pierwszą prezesurą.

Wspominał pan o sanacji spółdzielni. Na czym ten proces miałby polegać?
Sanacja pochodzi od łacińskiego słowa sanatio, czyli uzdrowienie. Jest to proces zapisany w przepisach restrukturyzacyjnych. Nie chodzi o upadłość, a o uzdrowienie, co najważniejsze – pod nadzorem organów państwa. Moje wystąpienie do sądu o tymczasowego nadzorcę sadowego skutkowałoby tym, że wszelkiego rodzaju decyzje, wydatki, umowy byłyby pod nadzorem sądu.

Zdążył pan złożyć ten wniosek?
Zdążyłem, ale sąd wezwał do jego uzupełnienia. Brakowało trzech czy czterech drobnych informacji, które należało uzupełnić w trybie pilnym, czego już nie zdążyłem zrobić. Było to dla mnie praktycznie jedyne rozwiązanie pozwalające dokończyć inwestycje i spłacić długi oraz zakończyć procesy z nierzetelnymi wykonawcami. Spółdzielnia miała też wówczas zadłużenie.

Czyli?
Wobec miasta około miliona złotych, półtora miliona wobec GPEC, niestety również wobec ZUS, bo składki pracownicze były niezapłacone. Mieliśmy też problemy z Energą. Oczywiście próbowałem rozmawiać, ale proces rozmów układowych to nie jest miesiąc. To są analizy, przedstawienie zestawień w celu uzgodnienia terminów. I tego nie zdążyłem zrobić.

Nowy zarząd już nie był zwolennikiem poglądu, że najlepszym rozwiązaniem jest sanacja?
Spotkałem się z zarzutem, że ja jako wróg numer jeden spółdzielców złożyłem wniosek o upadłość. Dwóch dziennikarzy z lokalnych mediów zaznaczyło w swoich publikacjach, że sanacja to nie jest upadłość, za co jestem im niezmiernie wdzięczny.

Rozumiem, że w powszechnym odczuciu spółdzielców wniosek o sanację i nadzór sądowy był tożsamy z wnioskiem o upadłość.
Tak, co jest absolutną bzdurą. Chciałbym zaznaczyć, że w trakcie sanacji musiałaby powstać grupa wierzycieli, która by również nadzorowała spłatę długów. Nie tylko sąd, ale i wierzyciele by to nadzorowali. Dla spółdzielni było ważne, żeby te długi nie rosły. Nie narastałyby odsetki, a pieniądze zabrane przez komorników wróciłyby do obiegu celem rozpędzenia tej maszyny.

Jakie są plusy sanacji?
Przede wszystkim przejrzysty nadzór.

No tak, trudno sobie wyobrazić, aby spółdzielcy a priori uznali, że nadzorca sadowy przyszedł do spółdzielni, aby robić w niej przekręty.
Tego na szczęście nikt nie podejrzewał i nie to było celem złożenia wniosku o sanację. Nie zostałyby nałożone kary. Pieniądze złożone w depozytach u komorników wróciłyby do spółdzielni i zostałyby pod dyktando nadzorcy sadowego użyte do spłaty długów. Wszelkie wnioski o płatności byłyby akceptowane i przez wierzycieli i przez sąd. Nowy zarząd spółdzielni, który teraz mianuje siebie zarządem, nie wypełnił jednak wniosku sanacyjnego. W związku z tym ja, będąc wyrokiem sądu nadal prezesem, złożyłem wniosek, ale nie o przyznanie tymczasowego nadzorcy sądowego, ale o tymczasowego zarządcę sądowego.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here