Zarządca sądowy zastąpiłby zarząd?
Tak. A gdyby była możliwość mojego powrotu do spółdzielni bez agresji ze strony spółdzielni, to ja byłbym po prostu współpracownikiem sądowego zarządcy i wykonawcą jego poleceń.

No dobrze, ale spółdzielnia „Ujeścisko” stała się w całej Polsce znana nie z sądowej sanacji, ale z reportażu TVN, w którym pokazano jak były prezes w asyście ochroniarzy, którzy rzekomo udają policjantów, wkracza do jej siedziby. Włamuje się de facto. Dochodzi do bijatyki z ochroną, bo były prezes chce odzyskać, czy też wynieść ze spółdzielni jakieś dokumenty.
To byłem ja.

O co chodziło?
Składałem w tej sprawie wyjaśnienia na policji. W związku
z postanowieniem sądu o zabezpieczeniu uchwał odwołujących mnie ze stanowiska, został przywrócony stan pierwotny, a więc nie utraciłem nigdy funkcji prezesa spółdzielni. Uważałem za swój podstawowy obowiązek nadzór nad mieniem spółdzielców, pieniędzy, majątku, dokumentów i tak dalej postanowiłem wejść do spółdzielni z grupą ochrony, która została wynajęta, w celu zapewnienia ciągłości pracy spółdzielni. To sąd postanowił, że to ja w dalszym ciągu jestem prezesem.

Jest takie postanowienie, faktycznie, miałem je w ręku. Dlaczego jednak sąd nie zabezpieczył realizacji swojego postanowienia i nie wysłał na przykład komornika z policjantami, aby pana wprowadzili do gabinetu i aby wszystko było lege artis?
Konsultowałem się z prawnikami. Wiedziałem, że postanowienie sądu jest wykonalne od momentu jego przelania na papier i podpisania przez sędziego. Może zbyt naiwny byłem, ale nie widziałem problemu z wejściem. Ochronę wziąłem tylko dlatego, że wcześniej dostawałem groźby, i to groźby karalne, nie tylko w Internecie. Ochrona była tylko i wyłącznie po to, aby mnie w sposób spokojny i bezpieczny dla mnie wprowadziła do budynku. O 6 rano siedziałem w samochodzie przed siedzibą spółdzielni. Jeden z ochroniarzy zapewnił mnie, że wszystko jest w porządku i że możemy wchodzić. Asekurował mnie do budynku, a ochrona, która była tam wcześniej bez problemu mnie wpuściła do środka. Wszedłem do biura, bo chciałem spotkać się z nowym zarządem, który teoretycznie nim nie był, ale praktycznie kierował spółdzielnią.

Powstała dwuwładza. Dwa zarządy. Jeden wpisany do Krajowego Rejestru Sądowego. Drugi uznany za zarząd innym postanowieniem sądu.
Dokładnie tak. Ale uchwały tego nowego zarządu wpisanego do KRS nie są w mocy. Niestety, jeden z ochroniarzy spółdzielni zamiast zadzwonić do swojego szefa, zadzwonił po swojego kolegę, a ten wpadł z gazem. Zaczęła się bijatyka. Moi ochroniarze zostali poszkodowani. Wyskoczyłem z gabinetu na korytarz a tam chmura gazu. Moi ochroniarze zostali zaatakowani.

Przez kogo?
Przez ochronę, która wcześniej była w budynku. Na prośbę moich ochroniarzy wezwałem policję. Policja przyjechała. Pod budynkiem zebrał się tłum zwolenników nowego samozwańczego zarządu. Ci ludzie zostali wpuszczeni do wewnątrz przez policjantów, co jeszcze bardziej zaogniło sytuację. Pojawili się prawnicy obu stron. I powstały dwie interpretacje prawne. To jest kodeks cywilny, a nie karny, policja nie jest od tego. Zdawałem sobie sprawę, że komendant I posterunku w Gdańsku jest w bardzo kłopotliwej sytuacji. Prawnicy nie byli w stanie uzgodnić wspólnego stanowiska. Postanowiłem więc opuścić budynek, aby nie eskalować konfliktu. To nie był mój cel, w żadnym wypadku. Moja ochrona została wywieziona przez policję, co bardzo mnie zdziwiło. Sąd powiadomił bowiem komendanta I posterunku w Gdańsku droga elektroniczną i listem, że nadal jestem prezesem zarządu spółdzielni. I że postanowienie w tej sprawie jest wykonalne. Niestety, stanowisko komendanta było jednoznaczne: jego to nie interesuje, wynocha! Wywiózł moich ochroniarzy. Co do policjantów, którzy wykonywali swoje obowiązki, nie mam żadnych zastrzeżeń. Sami byli w kłopocie. Musieli wykonywać pracę nieprzyjemną. Tłum był agresywny, a sytuacja nerwowa, konfliktowa. Policjanci mnie ochraniali, zabezpieczyli moje wyjście, ale i tak moja nietykalność została naruszona przez mieszkańców. Zostałem obrzucony jajkami.

Za co?
Za pomówienia. Ze strony mieszkańców.

Dlaczego tak pana nie lubią?
Jednym przyczynkiem było rozpuszczenie plotek, że uciekłem na zwolnienie lekarskie jako symulant w czasie poprzedniej kadencji. A drugim, że nie zwolniłem poprzedniego prezesa Grzegorza Harasymiuka w trybie dyscyplinarnym, gdy objąłem prezesurę w 2020 roku. Co by mi dało zwolnienie Harasymiuka? Może tylko ewentualnie poklepanie po ramieniu przez mieszkańców.

Ale nie było podstaw do takiego dyscyplinarnego zwolnienia?
Nie miał wtedy prokuratorskich zarzutów. Ja wobec niego też nie miałem zastrzeżeń. 21 lutego, w momencie, gdy jeden z członków rady nadzorczej został oddelegowany do zarządu, aby zarząd miał pełną reprezentację, weszła policja i zarekwirowała jakieś 200 czy 300 segregatorów z dokumentacji spółdzielni. Przez następne 5 dni wydawałem dokumenty. Wszystkie, jakich sobie życzyli.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here